treści przeznaczone dla dorosłych

Aby tu wejść musisz mieć ukończone 18 lat.

życie męskim okiem

ŻYCIE MĘSKIM OKIEM

„Śnięty Fikimikomaj” – wersja dla dorosłych.

 Kto to i co to, ten Mikołaj? A może Św. Mikołaj? Co to jest i z czym się, to „je” - moja przygoda ze „śniętym fikimikomajem”

 

 

 

                            Słowa wstępu: krótka autobiografia…

 

         Gdy byłem mały- czyli kilka dobrych wieków temu ;) - w erze bez telefonów komórkowych, laptoli, tabletów, iPadów, kompiutrów i innych takich dziwnych urządzeń, o których można było przeczytać w literaturze science fiction albo zobaczyć na filmie z Panem Kleksem w części o wielkim elektroniku... Gdy dzieci bawiły się na podwórku, dworze lub na polu, gdy ojciec nie żałował pasa - jak się coś zbroiło i matka nie dała kolacji - jak spóźnił się ktoś do domu, albo po prostu jej zabrakło, bo rodzeństwo zjadło… 

        ...Gdy pod każdym sklepem stał jakiś drobny pijaczek, który znał wszystkich w okolicy i cała okolica też go znała, a nikomu on nie wadził - ani rodzicom z małymi dziećmi, ani nawet milicji... za to zawsze uśmiechnięty, z wyszczerbionymi zębami, rozczochranymi włosami i kilkudniowym zarostem, a zimą to nawet z gilem wiszącym do pasa, witał się z każdym, sepleniąc delikatnie: - Dzieńdobly, "kuźwa" ale zimno co sąsiedzie?- i prosił o złotówkę, bo brakowało mu do browarka...

        ...Gdy nasi rodzice pracowali na różne zmiany i dzieci zostawały same bez opiekunek, a najstarszy z rodzeństwa miał „przyjemność” zastąpić rodzica w jego obowiązkach... Gdy co niedziela trzeba było pójść do kościoła, by sąsiad widział, że obok niego nie mieszkają "komuniści" - jakby ktokolwiek z nas ich widział i wiedział kim oni są, a my mieliśmy przecież od kilku do kilkunastu lat… 

        ...Gdy ksiądz w kościele puszczał religijne filmy na wielkim rozwieszonym przed ołtarzem płótnie - bo nikt z nas nie miał video, a era DVD miała dopiero nastąpić później... Tak dla wyjaśnienia - ksiądz puszczał filmy w kościele, bo często zamiast iść na mszę dla dzieci uciekaliśmy do kina „Capitol” i za czerwonego piątaka, który miał być dla księdza, kupowaliśmy bilet na „teleranek” - bajkę Disneya lub Bolka i Lolka...

        ...Gdy bajki leciały w telewizji tylko na TVP 1 i tylko o 19:00, kanały telewizyjne były dwa - chyba, że ktoś mieszkał przy granicy, to łapał jeszcze dwa kanały czeskie...

         ...Gdy Ameryka i Niemcy byli wrogami, a "ruscy" to byli nasi przyjaciele... Gdy chcąc zostać jednym z czterech pancernych trzeba było zaadoptować na czołg kontener na śmieci, który miał sześć włazów i był znacznie większy od filmowego „Rudego” ... Gdy Szarikiem zostawał podwórkowy przybłęda, złapany naprędce i przywiązany sznurkiem do naszego kontenera, wróć - czołgu.

         ...Gdy w zimie bawiłem się z kolegami na dużym lub małym „Budzyniu”, zjeżdżając na sankach... kiedy do domu wracaliśmy z mokrymi dupskami, zmarznięci i ze śniegiem w kieszeniach... gdy na rzece łamaliśmy krę i któryś "wrypał" się do wody, a na rozgrzewkę w domu dostawał manto, na drugi dzień szedł do szkoły i nikt nie był chory...

         ...Gdy przez cały rok bawiliśmy się w pobliskich krzakach, chodziliśmy na szaber do starego Kropenickiego, łowiliśmy pstrągi w strumyku za dużym "Budzyniem", biliśmy się aż z nosów lała się krew, a dziewczyny wrzucaliśmy do rzeczki Klikawy płynącej przez naszą „dzielnicę cudów”  i strzelaliśmy do siebie z procy...Tak mijały nasze dni...

aż znów spadał śnieg i…

 

                        …I WTEDY NADCHODZIŁ MIKOŁAJ!...

 

     Rodzice straszyli nim już dużo wcześniej, że niegrzeczne dzieci nie dostaną prezentów tylko rózgę. Mikołaj miał przyjść dwa razy w roku, raz 6 grudnia - gdy miał imieniny - i drugi raz w Wigilię Bożego Narodzenia.

     Hyymmm, myślałem sobie wtedy - jak to? Mikołaj przychodzi w swoje imieniny i wkłada dzieciom prezenty pod poduszkę? A jemu kto daje prezenty, skoro to on ma imieniny? Przecież widziałem, że gdy moi rodzice lub nasi sąsiedzi mieli imieniny, to prezenty dostawali oni, a nie rozdawali je innym… Było to dla mnie i innych dzieci nie do pojęcia. Często rozmawialiśmy na ten temat i nasze zdziwienie nigdy nie malało.

     Gdy byłem całkiem mały, w grudniu przychodził jakiś "gość" do naszego przedszkola w czerwonej pelerynie wykończonej jakimś biały pierzem, miał przyklejoną białą brodę albo zaczepioną na gumce- he, he, myślał, że dzieci głupie i nie zauważą - czerwoną czapkę z białym pomponem, jakiś kij i co gorsza plastikową maskę na twarzy, z której schodziła farba lub lakier. Ten "gość", na którego panie przedszkolanki mówiły ”Mikołaj” brał nas na kolano i pytał czy byliśmy grzeczni w tym roku? Niektóre dzieci płakały, inne wyrywały się i uciekały do mam. Ja zazwyczaj spuszczałem głowę i zatykałem nos. Ten Mikołaj śmierdział…czuć było od niego dym papierosowy, czasem alkohol i zawsze dziwnie się do nas przytulał. Pytałem czy na pewno jest św. Mikołajem, a on odpowiadał trochę bełkocząc i przeciągając wyrazy dla większego efektu: -"Droooogie dziecko nie, nie ma św. Mikołaja, ale ja jestem ten, ten pra.. prawdziwy" - odbiło mu się przy tym i jeszcze wyraźniej poczułem fajki, wódę i coś jeszcze, (teraz po latach już wiem, że mu się coś wtedy w maskę „ulało”).

- No, a po co panu ta maska?- pytałem dociekliwie. Wtedy Mikołaj, który nie był Mikołajem, a tym bardziej na pewno świętym, odpowiadał cicho do mego ucha, szczypiąc mnie przy tym boleśnie: - "Bierz paczkę i spadaj gówniarzu!" - wepchnął mi paczkę w ręce, a ja chcąc udowodnić innym, że to nie Mikołaj wsadziłem jeden palec w otwór maski Mikołaja. Krzyknął przy tym i zrzucił mnie z kolan wrzeszcząc, że go boli i co to za gówniarz jeden i skąd go wzięli w tym przedszkolu. Panie na mnie krzyczały i mama krzyczała, a w domu dostałem nawet manto... paczki jednak nikt nie zabrał!…Ja wiedziałem, że to nie był Mikołaj! Gdy następnego dnia byłem w przedszkolu, pan woźny miał obandażowaną głowę i zasłonięte oko. Nie wiedziałem dlaczego był dla mnie niemiły od tamtego dnia, przecież nic mu nie zrobiłem… Następnego roku, gdy w tym samym przedszkolu byłem w zerówce, ten sam fałszywy Mikołaj w masce nie wziął mnie już na kolana, szybko dał mi paczkę i chciał żebym sobie poszedł. Mama zdążyła tylko zrobić zdjęcie, gdy stoję przy nim jak jakiś pajac z fryzurą wyciętą spod garnka, ale wtedy każdy chłopak taką miał...

     Innego roku przed 6 grudnia, miałem wtedy może z 8 - 9 lat, wspólnie z kolegami z podwórka postanowiliśmy, że napadniemy na Mikołaja jak będzie wracał z workiem prezentów od jednego sąsiada. Sąsiad ten miał trzy córki i Mikołaj zaglądał do nich co roku i zawsze był bogaty w prezenty z Pewexu (kto nie wie co to, niech poszuka w encyklopedii lub lepiej wygoogluje). Mieliśmy nadzieję, że jest prawdziwy, bo był gruby i miał siwą brodę i pastorał taki jak św. Mikołaj na obrazku od księdza i czerwone ubranie jak należy.

     Ja, Stefan i Anastazy (imiona zmienione w razie gdyby policja nadal nas szukała - zwłaszcza, że ja, to ja) nie pomyliliśmy się! 6 grudnia o godzinie 17 Mikołaj przyszedł do sąsiada. Trochę byliśmy zdziwieni tym, że do nas Mikołaj przychodzi jak śpimy i potajemnie wpycha paczki pod poduszkę, a do córek sąsiada przychodzi o tak wczesnej porze.  Długo kazał na siebie czekać ale w końcu wyszedł. Szedł chwiejnym krokiem po schodach w dół, trzymając się barierki, co chwilę przystawał i ciężko sapał. Mieliśmy nadzieję, że skoro tak sapie, to musi mieć ciężki worek i dużo prezentów. Stefan, chłopak starszy od nas o dwa lata i herszt naszej młodocianej bandy, włożył ściętą gałąź pod nogi Mikołaja, a ten wyłożył się jak długi lądując na posadzce z poniemieckich kafelków nosem w dół. Pastorał poleciał daleko do przodu. Mikołaj ciągle leżąc jęczał strasznie. Wtedy Stefan złapał za worek i krzyknął, żebyśmy szybko uciekali. Obróciłem się w drzwiach kamienicy, słysząc jednocześnie jak sąsiad od trzech córek otwiera z łomotem drzwi, a Mikołaj wyklina na czym świat stoi i krzyczy, że kiedyś nas dorwie, więc krzyknąłem do niego: - "Mikołaju, Mikołaju, następnym razem dostaniesz po jaju!"- i uciekłem za Stefanem i Anastazym ile sił w krótkich małych nogach.

     Gdy do nich dobiegłem Anastazy płakał i kopał worek, a  Stefan mówił: - "Kullwa, jebany wszystko rozdał, zostały tylko puste pudełka po lalkach…"

     To był nasz pierwszy i ostatni napad na Mikołaja, widać nie opłacało się być bandytą....

 

     Później wiele razy widzieliśmy różnych takich Mikołajów, którzy chwiejąc się i zataczając roznosili prezenty po całym mieście - ale przecież ten prawdziwy miał być tylko jeden. Pytanie tylko, który?

     Gdy nasi rodzice pracowali w różnych zakładach, też przychodził do nich Mikołaj i dawał im prezenty by zanieśli je swoim pociechom. Wtedy naliczyłem już, że przychodzi cztery razy -  raz w przedszkolu albo w szkole, drugi raz w zakładzie pracy rodziców, trzeci raz 6 grudnia pod poduszkę i w końcu czwarty raz pod choinkę w Wigilię.

     Wiele razy zdarzyło się, że razem z paczką pod poduszkę znalazłem też rózgę. Jedna rózga miała doczepionego takiego diabełka, który jak nacisnęło mu się poliki, to wystawiał czerwony język. Gdy dostawałem rózgę zawsze byłem przejęty, mama mówiła, że to dlatego, że byłem niegrzeczny i rózga jest po to by nią bić niegrzeczne dzieci po dupie - tak jakbym dostawał za mało pasem, to jeszcze rózgą - o nie! - myślałem sobie i rózga lądowała gdzieś z dala od domu albo w piecu. Tego diabełka zaś miałem długo, stał się moją ulubioną zabawką, a pamiętam go dlatego, że tamtego roku Mikołaj obdarował diabełkami pół dzielnicy i większość moich kolegów - nawet „Kapcia”, choć ten zawsze był grzeczny, nigdy nie powiedział brzydkiego słowa i wszędzie chodził z babcią za rączkę.

     Próbowałem kiedyś nakryć Mikołaja na podkładaniu paczek pod poduszkę, czekałem, chodziłem po domu, przewracałem się z boku na bok, chowałem poduszkę, żeby nie mógł schować pod nią paczki… W końcu przychodziła mama i mówiła, że jak nie pójdę do łóżka lub nie zasnę to „nici z Mikołaja”. Tak czy inaczej zawsze udawało mu się mnie zaskoczyć i gdy tylko zmrużyłem oko...on przychodził. Ciekawe jak, skoro drzwi były zamknięte i okna zamknięte... mama mówiła, że ma małych pomocników, którzy mu pomagają - na nich też zastawiałem pułapki ale nigdy nie dali się złapać. Miałem nadzieję, że jak będę większy, to złapię ich i Mikołaja, a wtedy będą musieli dawać mi takie prezenty jakie będę chciał.

     Gdy zbliżały się Mikołajki lub Wigilia rodzice pytali co byśmy chcieli dostać? W tamtych czasach nikt nie marzył o X-boxie, playstation, interaktywnych zwierzątkach, furby czy innych takich bajerach. My marzyliśmy o „resorakach” z Pewexu, o kolorowych żołnierzykach z kiosku RUCHu, o zwykłych klockach. A Mikołaj co przynosił? Kilka pomarańczy lub mandarynek, czekoladę, kilka cukierków, jakieś wafelki, kredki, zeszyt, a czasem jakąś bajkę no i zawsze rózgę, żeby bić niegrzeczne dzieci. Mieliśmy marzenie z Anastazym, który był rok młodszy ode mnie, że jak będziemy duzi, to Mikołajowi zlejemy grube dupsko tymi rózgami co nam je przez tyle lat przynosił i za to, że nam nie przynosi tego co chcieliśmy, a innym dzieciom tak... Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że za komuny też istniały rodziny bogatsze i biedniejsze - dopiero kapitalizm pokazał nam, że można być jeszcze bogatszym lub jeszcze biedniejszym. Wtedy nie miało to znaczenia, nasi rodzice ciężko pracowali, a Mikołaj  - walił w "huja" - jak to mówił Stefan. ( Nikt z nas nie wiedział wtedy, że "huj" pisze się przez „ch” i na murach pełno było tych pierwszych - po latach, jako dorosły, spotkałem się z teorią - zresztą wymyślił ją Stefan - że: - „ jak byłeś zrobiony miękkim, to pisz przez „ch”, a jak twardym, to przez samo „h”  - ale co on mógł wiedzieć, skoro w szkole z polaka miał same pały. Teraz pewnie dostałby jedynkę, a tak z braku sześciostopniowej skali ocen, przepychali go z klasy do klasy. Za to teraz ma prywatną firmę ogrodniczą, a nauczycielki mówiły, że nic z niego nie wyrośnie… ).

 

     Gdy nadchodziła Wigilia i wszyscy podzieliliśmy się opłatkiem, gdy zjedliśmy dwanaście potraw licząc razem z opłatkiem, kompotem ze śliwek, ciastem co ojciec je upiekł, chlebem i kartoflami, mama wyganiała nas na korytarz by zobaczyć czy już świeci pierwsza gwiazdka, bo jeśli tak, to zapewne zaraz Mikołaj przyleci na saniach i przywiezie nam prezenty. Gwiazdkę zawsze widzieliśmy ale Mikołaja ani nawet jego sań - nigdy, a gdy wracaliśmy do domu, pod choinką czekały już paczki, a w paczkach pomarańcze lub mandarynki, czasem cytryna - nie wiedzieć czemu, czekolada lub dwie, cukierki, wafelki, kredki, zeszyty, a w Wigilię czasem był miś lub lala. Zabawki te nie mówiły, nie ruszały się same, czasem miały jakąś piszczałkę w środku - jak mój ulubiony brązowy miś, który nazywał się tak samo jak miś z bajki - Uszatek... teraz pewnie leży gdzieś w skrzyni na poniemieckim strychu.

 

     Pamiętam, że w Wigilijny wieczór oglądaliśmy z rodzeństwem jakąś amerykańską bajkę, gdzie Mikołaj przynosił dzieciom prezenty i chował je do suszących się na kominku skarpet…Każdy z nas był tym faktem zdziwiony, gdyż wszyscy od małego wiedzieliśmy, że skarpety śmierdzą, więc pewnie te prezenty przesiąkają ich zapachem. Stwierdziliśmy zgodnie, że nasz polski Mikołaj jest lepszy, choć biedniejszy, ale przynajmniej nie wkłada nam prezentów do skarpet tylko pod poduszkę lub pod choinkę.

     Kiedyś po jednej z takich Wigilii, a może po Mikołaju na 6 grudnia, gdy mama schowała czekolady do lodówki - żeby nam nie „zginęły” albo żeby się nie zepsuły - zakradłem się późno w nocy do lodówki, cicho ją otworzyłem i zabrałem z niej wszystkie czekolady. Było ich może dziesięć może mniej lub więcej… W każdym bądź razie zjadłem je wszystkie leżąc w łóżku, papierki schowałem pod poduszkę i zasnąłem... Rano, oprócz bólu brzucha, zbudził mnie okropny ból dupska - to ojciec lał mnie pasem po dupie. Na pytanie dlaczego zjadłem czekolady odpowiedziałem, że to nie ja! Zgodnie z podwórkową regułą: "jak cię złapią za rękę mów, że nie twoja". Wtedy znów poleciał na mnie pas, a mama złapała mnie za ucho i zaprowadziła do lustra w przedpokoju i  wtedy... już wiedziałem skąd rodzice poznali, że to ja zjadłem czekoladę. Buzię miałem całą usmarowaną czekoladą aż pod same oczy, usta wyglądały jak u murzyna…oj dostało się wtedy, to był pamiętny Mikołaj...

     Gdy byłem w podstawówce, jakoś na jej początku, zostałem ministrantem. Pewnego razu, kiedy rozmawiałem z Jareckim- kolega od ministranctwa - o Mikołaju, ksiądz pociągnął mnie mocno za ucho i wyjaśnił, że Mikołaj jest tylko jeden! Jest to święty Mikołaj i nie mieszka on na północy ani broń Boże w Rosji, bo co jak co ale komunistą, to na pewno nie jest. On żył w starożytnej Licji w mieście Mira i był tam biskupem. Mikołaj ten został świętym bo pomagał biednym i potrzebującym i my mamy iść w jego ślady i pomagać innym. Gdy Jarecki zapytał, czy nam ktoś pomoże, bo przecież też jesteśmy biedni, to ksiądz strzelił go z całej siły po łbie i krzyknął, żeby nie wydziwiał i zamknął japę.  Powiedział jeszcze, że św. Mikołaj przyjdzie do naszego kościoła i będzie rozdawał prezenty i my też dostaniemy, ale tylko dlatego, że jesteśmy ministrantami. Rzeczywiście przyszedł dzień, w którym ksiądz zebrał w kościele wszystkich ministrantów i dzieci ze swej parafii. Wszyscy czekaliśmy z niecierpliwością aby go zobaczyć, przestępowaliśmy z nogi na nogę, zadzieraliśmy głowy jak najwyżej no i w końcu pojawił się wyczekiwany Święty. Mikołaj przybył w asyście dwóch przebranych aniołków - poznaliśmy, że są przebrani bo byli to nasi starsi koledzy, którzy byli wyżej w hierarchii. Św. Mikołaj rozdawał prezenty, najpierw przybyłym z parafii dzieciom, a potem ministrantom. Kiedy ja podszedłem do niego poznałem, że był to wikariusz z naszej plebanii i znów poczułem się bardzo oszukany… Tyle z tego, że Jarecki zawołał mnie za ołtarz i tam zjedliśmy cukierki z naszych paczek, a reszta ministrantów musiała stać do końca ceremonii.

WIEDZIAŁEM JUŻ, ŻE MIKOŁAJ NIE ISTNIEJE!...

 

           ...Dziś, po tylu latach, choć znam prawdę, nadal wierzę, że gdzieś ten Mikołaj z dziecięcych lat żyje i że jest w każdym z nas. Wystarczy obdarować bliskich swemu sercu, a czasem i obcych, dobrym słowem lub uczynkiem. Ja swoim dzieciom kupuję na Mikołaja lub Wigilię to, co sobie zamarzą. Staram się aby za bardzo przy tym nie wydziwiały tłumacząc jednocześnie, że Mikołaj ma też inne dzieci i jeżeli im przywiezie drogi prezent, to dla innego dziecka już nie będzie miał. Moje dzieci piszą i rysują listy do Mikołaja, a on im odpowiada. W tamtym roku odpisał im list, który własnoręcznie skreśliłem na komputerze. W tym roku przysłał film video...

     Patrząc na moje dzieci wspominam z rozrzewnieniem czasy, gdy dostawałem pomarańcze, mandarynki lub cytrynę od Mikołaja i ich zapach, zapach nadchodzących świąt. Zapach, który czuję do dziś…

     Święta nie są już takie jak dawniej i Mikołaj też się zmienił, skomercjalizował i jest wszędzie, grubo przed 6 grudnia atakuje nas z TV i w sklepach. Moje dzieci jednak wiedzą, że był taki Mikołaj co pomagał dzieciom i biednym i że został świętym. Wiedzą też, że jest inny Mikołaj, gdzieś na dalekiej północy w Laponii i że to on polskim dzieciom wkłada prezenty pod poduszkę, a amerykańskim do skarpet - niezmiennie mam wrażenie, że to niehigieniczne i że te prezenty śmierdzą…

     Dzieci wiedzą, że Mikołaj ma sanie zaprzężone w renifery, które gdy nie ma śniegu unoszą się wraz z saniami do nieba i przylatują do nich z prezentami.

     Kiedyś przebrałem się za Mikołaja gdy córka miała może trzy - cztery latka, założyłem sztuczną brodę i siwą perukę, czerwone ubranko i worek. Gdy wziąłem ją na kolano próbowałem modulować głos...Córka siedziała cicho, nieśmiało się uśmiechając i podejrzliwie oglądając mnie ze wszystkich stron. Powiedziała wierszyk, zaśpiewała piosenkę, a potem zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia...Gdy po pół godzinie wróciłem do domu, córka powiedziała, że to ja byłem tym Mikołajem, że poznała mnie po głosie i po butach - hehe - rezolutna mała istota. Ciężko było jej wytłumaczyć, że tata był w tym czasie nakarmić psa i nawet nie widział się z Mikołajem. Żona tłumaczyła, że takie buty ma wielu ludzi, a głos na pewno nie był taty… W końcu udało się ją przekonać ale od tamtej pory nikt się za Mikołaja nie podszywa...Stosujemy zaś inne fortele. Gdy dzieci idą szukać pierwszej gwiazdki, słyszą jakieś pozorowane przez nas trzaski, szybko przybiegają sprawdzić czy prezenty są, to w oknie znajdują przytrzaśniętą czapkę to pusty worek po zostawionych przez Mikołaja prezentach - co oznacza, że bardzo spieszył się do innych dzieci.To innym razem dzieci zostawiają dla Mikołaja ciasteczka i szklankę mleka na stole, bo wiedzą, że łasuch lubi słodycze. Rano zawsze ze zdziwieniem zauważają, że Mikołaj zjadł kilka ciastek i wypił trochę mleka. 

     Mój syn gdy miał jakieś dwa i pól roku stwierdził: - Tato, „śnięty fikimikomaj”  zjadł ciastka i  psynius plezenty! ... Tym łasuchem zjadającym słodkości jestem oczywiście ja sam, we własnej osobie, o czym może świadczyć mój powiększający się z roku na rok brzuch...nie, nie tak poważnie, to słodkości podjada moja żona... ale dzieci tego nie wiedzą i żyją w nieświadomości, podejrzewając o zjedzenie łakoci Mikołaja i niech tak na razie zostanie...

     Ktoś powie: - Po co oszukiwać dzieci? Mikołaj to bajka! - ale niech sam wspomni jak był małym dzieckiem, jak uwielbiał bajki i baśnie, jak z niecierpliwością czekał na Mikołaja. W dzisiejszym pędzącym nie wiedzieć po co i gdzie świecie, zabieramy naszym dzieciom coraz więcej dzieciństwa, beztroski i magii z nim związanej... Może zanim pójdą do szkoły w wieku 6 lat dajmy im coś, co zapamiętają do końca życia - smak dzieciństwa i wspomnień... Dla mnie tym wspomnieniem jest zapach mandarynek i pomarańczy..... zapach Świąt….