życie męskim okiem

BAJKI

Część III - Miśki dwa: Gienio-tatko i Pipik-syńcio

Gienio tatko i Pipik syńcio

 

 

     Gdy tylko wstał ranek, elfia dziewczynka i kocur z lasu zaczęli zbierać się w drogę. Krasnale wyściskały Śmiechuńcię, dały jej ciepły koc, bo ranki i wieczory w lesie były chłodne, wskazały Zdzisiowi rejon lasu, w którym przebywało najwięcej czarownic i gdzie stały ich domki na kurzych łapkach. Wszystkie krasnale ładnie podziękowały za to, że Kinguńcia podzieliła się z nimi swoim skromnym jedzeniem. Szyszuńcia Stokrotka nazrywała kwiatków, zrobiła z niech wianuszek i podarowała go dziewczynce. Ojciec krasnali - Szyszuńcio Wielki - powiedział, że jak będą potrzebowali pomocy, to niech zawołają trzy razy: 

- Szyszki, szyszuńcie i szyszeczki zbierzcie synów i córeczki, zbierzcie też krasnali z lasu i przybądźcie mi z pomocą zawczasu! - wtedy on przybędzie z rodziną i z innymi krasnalami na pomoc. 

      Gdy pożegnali się już z rodziną krasnali poszli wzdłuż strumyka, który według Szyszuńci Maleńkiej miał ich doprowadzić do miejsca zamieszkiwanego przez złe czarownice. Kinguńcia rozglądała się ciekawie po okolicy, a Rysiek- jak to bywa z kotami tymi dużymi i tymi małymi- biegał za ptaszkami, ganiał wiewiórki i myszy mieszkające w lesie. Tak skakał, wywijał i wirował, że Kinguńcia zapomniała na chwilę o bracie i czarownicach. Śmiała się i podskakiwała razem z kotem łapiąc motyle i inne latające robaczki. Biegali razem wśród drzew, kłączy, krzaków, gałęzi, przewróconych pni, traw i kwiatów. Przebiegli kilka małych polanek, na których bawiły się różne zwierzątka. Zwierzątka podnosiły uszy i patrzyły na przyjaciół ze zdziwieniem i strachem, ale słysząc srebrny jak górski potok śmiech Kinguńci przyłączały się do zabawy. Trzymali się wszyscy razem za łapki i tańczyli na polanie. Potem biegli do następnej polanki i następnej- nie gubiąc przy  tym drogi i wskazanego przez krasnale kierunku. 

      Ryś specjalnie zabawiał małą elfkę, żeby nie była smutna i nie płakała po drodze. Ten groźny dla wszystkich wielki leśny drapieżnik i książę lasu w głębi serca był jak mały kociak- lubił zabawę. Teraz patrzył jak Kinguńcia biega, śmieje się i cieszył się z tego bardzo. Był już starym kotem i nigdy nie miał dzieci...jako książę lasu miał mnóstwo obowiązków, rozsądzał spory i waśnie wśród zwierząt, czasem wśród leśnych wróżek, które pokłóciły się o to na jaki kolor pomalować kwiaty, czasem rozdzielał bijące się leśne krasnale, które wydzierały sobie z małych rączek grzybki lub dżdżownicę- przysmak krasnali. Czasem trzeba było pogodzić wodne nimfy, które kłóciły się o to, która jest piekniejsza. Musiał dopilnować by zwierzęta i te duże i te małe zebrały odpowiednią ilość zapasów na nadchodzącą zimę, a potem musiał iść głęboko w las tam, gdzie już nie sięgała jego władza i spotkać się z królem puszczy Żubrem Wspaniałym, by zdać mu relację o tym, czy wszystko gotowe do zimy i o tym, co się działo przez cały rok w jego części lasu.

      Żubr Wspaniały był zadowolony z Rysia i z tego jak wywiązuje się z nałożonych przez niego zadań, dlatego pozostawiał go na urzędzie książęcym na kolejne lata. Ryś był obowiązkowy i sumienny, wszystkie zadania starał się wykonać jak najlepiej i zawsze brakowało mu czasu, dlatego nigdy nie pomyślał o założeniu rodziny. Nie chciał by jego dzieci były smutne, bo on nie ma dla nich czasu. Ale zawsze, potajemnie przed dorosłymi mieszkańcami leśnych zakątków, bawił się z ich dziećmi, uczył ich jak radzić sobie w niebezpieczeństwie i jak radzić sobie w dorosłym życiu. Ryś miał już tyle lat, że piąte pokolenie leśnych zwierząt - leśnych dzieci, jak na nie mówił, zostało przez niego wychowane. Wszyscy w jego części lasu znali go i kochali. Kochali swego kociego władcę i dbali o niego wiedząc, że on sam nie zadba o siebie bo dbał o innych. Potajemnie przynosili mu leśne smakołyki i przed zimą jego spichlerz był zawsze pełny. Wtedy on pomagał zwierzętom z innych części lasu tym, którzy nie zdążyli zabezpieczyć się przed nadejściem srogiej i mroźnej zimy. Dzielił się z potrzebującymi zwierzętami, tym co sam dostał. 

      Tym razem ryś był daleko, bardzo daleko od części lasu, którą tak dobrze znał i kochał. Choć był już stary, to miał dużo siły i czuł się dziarsko jak młodzieniec, miał  nowy cel w życiu, chciał pomóc małej elfiej dziewczynce, która pomimo, że nie była dobra dla swego brata (i przez nią uciekł on do lasu i złapały go czarownice) to wiedział, że ma dobre serce jak on sam...Pomimo iż znali się krótko, pokochał ją i jej brata. Przecież oboje muszą być tacy sami - myślał - brat był smutny gdy Kinguńcia bawiła się bez niego i dlatego dokuczał jej i zwierzątkom. Zdziś postanowił, że pomoże uratować elfiego brata i będzie to jego ostatnie zadanie jako księcia. Miał zamiar poprosić króla Żubra Wspaniałego aby ten pozwolił mu odejść i zamieszkać w tej częśći lasu, którą sam sobie wybierze - może elfy zechcą go jako swego sąsiada, a może rodzice Kinguńci i Norbuńcia pozwolą mu zamieszkać ze sobą- rozmyślał...   

     Teraz biegł za Śmiechuńcią, skakał i pomrukiwał. Kilka małych zwierzątek, które go nie znały, bały się z nimi bawić. Widząc wielkie, białe i ostre kły oraz zakrzywione pazury, chowały się pod przewrócone korzenie drzew i drżały ze strachu. Widząc to Ryś podbiegł do nich ze śmiechem. Małe zwierzątka kryły się jeszcze głębiej i przytulały do siebie, chowając swe małe główki w futerka. Całe drżały, a mały borsuk to nawet posiusiał się ze starchu i pozostałe zwierzątka odsunęły się od niego zatykając noski. Ryś wsunął wielką włochatą łapę pod korzeń i za jednym zamachem wyjął stamtąd wszystkie maluchy, nawet obsiusianego borsuka

i choć ten troszkę śmierdział, to położył go sobie na grzbiecie razem z innymi maluchami. Podskoczył do góry na czterech łapach i krzyknął do nich :

- Trzymajcie się małe szkodniki.

Maluchy złapały się sierści na grzbiecie wielkiego kota i mimo woli przytuliły do jego ciepłego, miękkiego futra. Ryś pędził jak wicher przez polanki i las, zataczał koła, podskakiwał i wygłupiał się strojąc niepoważne miny do małych zwierzaków. Mrugał do nich okiem i krzyczał :

- Borsuczku, borsuczku, nie nasiusiaj dziś wieczorem w łóżku! 

Wszystkie leśne zwierzątka śmiały się razem z borsuczkiem. Kinguńcia biegła za nimi, a rozwiane włosy zasłaniały jej twarz.

Odgarniała je i śmiejąc się patrzyła na Rysia i leśne maluchy. Śmiechuńcia bez trudu dogoniała rysia, przecież już nie raz się ścigała z najszybszymi leśnymi zwiarzętami. Teraz biegła równo z nim i patrzyli sobie w roześmiane oczy. Kinguńcia wsadziła dwa palce do buzi i pokazała długi czerwony język. Zdzisio nie pozostał dłużny i też pokazał jej szpiczasty języczek i zaczął przy tym wachlować pędzelkami na uszach i krzyczał :

- Nie wystawiaj języka bo Ci mały borsuk nasika!- hi hi śmiał się, a zwierzęta mu wtórowały. Na to Kinguńcia zrobiła zeza, przytknęła rękę do tyłu głowy, wystawiła dwa palce i pokazała śmieszne rogi. Już Ryś chciał coś pokazać śmiesznego, gdy nagle........baaaach!!!!!

     Ryś wpadł na coś wielkiego i miękkiego - wszystkie zwierzątka rozbiegły się po lesie, a te małe, które siedziały na jego grzbiecie, poturlały się pod krzaczki i tam schowałay. Za chwilę znowu dało się słyszeć głośne.......baaaach!!!!!!  Śmiechuńcia również zderzyła się z wielką, włochatą górą - przewróciła się na Zdzisia, który już skoczył na równe cztery łapy i szykował się do odparcia nieoczekiwanego ataku. Dziewczynka, ciągle leżąc na ziemi, spojrzała w górę. Tuż przed jej oczami ukazał się wielki czarny nos. Ten nos dotknął jej nosa - był miękki i cieplutki. Potem powąchał ją - niuch, niuch- i podniósł się do góry. Teraz Śmiechuńcia zobaczyła wielkie, brązowe oczy, które znajdowały się nad czarnym nosem i wielką białą futrzaną głowę z dwoma małymi, białymi uszkami. Pod nosem były ciemne usta, a z nich wystawał czerowny języczek, który ją polizał po policzku.

Kiedy wielka głowa odchyliła się, zobaczyła wielkiego białego niedźwiedzia, który stanął na dwóch łapach. Niedźwiedź był cały biały, a w tych lasach było to niespotykane. Nawet Ryś, który szykował się do walki, stanął jak wryty ze zdziwienia, a przecież on widział niejedno zwierzę w swym długim życiu.

     Wszystko działo się bardzo szybko, jak mrugnięcie oka, choć przyjaciołom wydawało się, że trwa to wieki. Zanim wstali z ziemi, Kinguńcia otrzepała kocyk, który dostała od krasnali i zarzuciła go na grzbiet Rysia. Potem wskoczyła mu na plecy- kot nie protestował. Usiadła wygodnie, pogłaskała go za uchem, Zdzisiek mruknął i zmrużył oczy patrząc na wielkiego białego niedźwiedzia. Przyjaciele zastanawiali się kto to, co tu robi i jakie ma zamiary, bo kot - choć wcześniej wydawał się wielki, nie był nawet w połowie tak duży, jak ta biała, futrzana góra. Nie był też dość silny by pokonać niedźwiedzia w walce i nawet gdyby był o połowę młodszy, to zapewne nie poradziłby sobie z nim?!  Patrzyli z ciekawością na niedźwiedzia, a on zdawał się ich nie widzieć. Rozglądał się wokoło, sapiąc i pomrukując, podrapał się po wielkim brzuchu, potem po głowie, z której spadło kilka białych kłaczków futra. Kiedy sierść spadła na ziemię obok Zdziśka i Śmiechuńci, wielki niedźwiedź ryknął :

- Piiiipiiiik! - nabrał powietrza i znowu - Piiiipiiik!

Rozejrzał się jeszcze raz po lesie, po czym opadł na dwie przednie łapy, stanął przed przyjaciółmi i popatrzył na nich.

- Łoo, dziwne jaakieś, elfia dziewczynka i z kłootem w koomitywiee , dziwne jaakieś- powiedział w takiej gwarze, że przyjaciele spojrzeli po sobie i ledwie wstrzymali się od śmiechu. Nie chcieli być niegrzeczni, więc Ryś, jak przystało na księcia, odparł:

- Ja jestem Ryśio-Zdzisio, a to jest Kinguńcia-Śmiechuńcia, ja jestem księciem w lasach na wschód stąd, a ona mieszka w elfiej wiosce nieopodal lasu. - przekrzywił trochę głowę

i zapytał: - A co Ty tu robisz, białe niedźwiedzie są u nas niespotykane?

- Nooo i ja mógłby spytać łoo to samo was, skąąd wy i cłoo tu robicie, hęęę ? Może wy jakieś sługi dlia tych carownic co to niegrzeczne dziecka poorywajo i zjadajo? - Niedźwiedź groźnie zmarszczył czoło i natarł na Rysia, popychając go wielką głową. - Nłooo mówcie mi zaraa coście za jedne, aaa?

- Nie jesteśmy sługami czarownic, ty wielki ośle- zjerzył się Zdziś i wystawił ostre pazury oraz wyszczerzył kły.

- Spokojnie Rysiu - powiedziała Kinguńcia, drapiąc za uchem wielkiego kota, który gdy tylko poczuł drapanie rozluźnił się i schował pazury, ale kły ciągle były w gotowości...- My też nie lubimy czarownic, one porwały mi brata Norbuńca-Psotuńcia, małego elfiego chłopca. Może go widziałeś? - zapytała.

- Niee gniewaj si na mniee Rysiuu alie tu roi si łood sług tych carownic. Niee,  nie widział ja, elfa ale mój syn Pipik na pewnoo widzział, oj widzział -I wielki niedźwiedź uniósł się spowrotem na dwóch tylnych łapach. Przednimi stuknął mocno o siebie, aż klasnęło w powietrzu - klaaask , łoooj jak ja bym dorwał tego małego elfiego łobuza, to bym sprał mu portki tak, że nie mógłby łun na pupie usiedzieć przez cały dzień, klaaaask - znów trzasnłą łapą o łapę. - A ja, widzisz dziewczynko, nazywam sie Gieenioo i pochodzem z baaardzo daliekiej krainy na północny wschód stąd. Kraina ta dlia mienszkajooncych tam zwierzoont  nazywa si Białawieża, bo na jej śroodku stoi starodawna biała wieża i nikt nie wie, co w nij jest. Mówią, że tam śpi jakaś ksieenżniczka ale nikt tam nie był i nie widział...

- No to wiemy skąd jesteś Gienio i dlaczego masz białe futro. Ale co zrobił ten mały elf twojemu synowi, że chcesz mu tak skórę złoić?- zapytał Ryś.

- A to już zapytajcie mojego syna, dlia którego ten łobuz elf krzywde zrobił, a ło to i łon. - zza krzaków dzikiej jagody wyszedł do nich miś. Był mały, niższy od Kinguńci, miał brązową sierść i brązowe oczka które ciekawie spoglądały na dziewczynkę i kota.

Podszedł i schował się za jedną z łap wielkiego niedźwiedzia. Nosek miał czarny i spuchnięty jak bania, ciągle go dotykał łapką i pocierał. - Pipik, a gdzieś ty był synu, tyle czaasu jak cię woołałem?

- No tatko przestań, szukałem jagód do jedzenia, no - odpowiedział Pepik nie wychylając się zza nogi ojca.

- Ci goscie pytajo co ci zrobił ten mały elf, no powiedz dlia nich smiało, to co mi mówiłeś wczoraj. - Gienio wypchnął syna przed siebie.

- No tatko przestań, no wstydzę się obcych, przecież wiesz - powiedział syn i spuścił głowę. - Ten mały elf biegł za mną w lesie i powiedział, że da mi ciastko i ...- zawiesił głos, jedną łapką grzebiąc w sosnowych igłach jakby coś tam szukał - ....no i wyjął chusteczkę, w której miał pszczołę i ona mnie urządliła i teraz boli mnie nos i jest spuchnięty i źle się czuję, a mamy nie ma bo poszła do cioci, a ciocia mieszka daleko i zostaliśmy z tatkiem sami.

- Dosyć już synuś dlia nich, to nieważne gdzie twoja mama, a ważne gdzie mały elf jest łoo - powiedział Gienio . -To tylie, a ja by dodał, że opuchlizna z noska zejść nie chce Pipikowi i nos ma już kilka dni spuchnięty łoo. Pokaż nos synuś jeszcze raz, niech widzo, loo - ponownie wypchnął syna do przodu.

Kinguńcia zeskoczyła z Rysia, podeszła do Pipika, obejrzała nos, dotknęła go: - Ała, boli! - krzyknął mały miś. Kinga powiedziała:

- Zaraz temu zaradzimy, poczekajcie chwilę - i pobiegła gdzieś w stronę strumyka. Po chwili była spowrotem, trzymając w rękach mokrą chusteczkę i nacierając ją jakimiś ziołami,

które ładnie pachniały. -Podejdź do mnie misiu.-nałożyła mu mokrą chusteczkę na nos razem z ziołami i zawiązała. - Do jutra na pewno przejdzie.

- Yymmm, jak ładnie pachnie i już mnie nie boli, dziękuję Śmiechuńciu - mały miś pocierał nos łapkami i wdychał zapach ziół, a zimna woda, w której zmoczona była chusteczka, chłodziła mu nosek.

- Proszę bardzo misiu - poprawiła chusteczkę na nosie Pipika, zrobiła jeszcze jeden węzełek i dodała: - Nauczyłam się tego od mamusi. Ona używa różnych ziół jak nas coś boli, zwłaszcza brzuszki, jak zjemy dużo słodkiego.

- Łooo, jaka zdolna małaa dziewczynka, a może i mi pomożesz, wbiła mi siee jakasik jigła , łoo tuuu - i duży niedźwiedź usiadł na wielkim zadku aż ziemia się zatrzęsła, pokazał tylną łapę, gdzie rzeczywiście między wielkimi pazurami była wbita niewielka świerkowa igiełka.

Kingusia podeszła do Gienia i wyjęła małymi zgrabnymi paluszkami igiełkę

- O proszę, już zrobione!- w tym momencie wielki niedźwiedź ścisnął dziewczynkę swoimi wielkimi łapami, aż ta całkiem zniknęła w jego włochatym białym futrze. Ryś patrzył przerażony myśląc, że ten biały olbrzym zrobi krzywdę jego przyjaciółce. Ale on podniósł Śmiechuńcię do góry i podrzucił ją wysoko, tak wysoko, jakby była z piórka...taaaaak, że głową sięgnęła najwyższych drzew w lesie, a gdy opadła w jego łapy znów ją podrzucił i tak parę razy. Kinguńcia śmiała się, a duży niedźwiedź krzyczał:

- Tylie lat mnie taa jigła tam siedziała i ty dlia mnie dziewczynko poomogłass, łuuu - i podrzucił dziewczynkę jeszcze raz wysoko, wysoko. Mały miś, który miał zawiązaną chustkę na nosie i wyglądał w niej przezabawnie, tańczył wkoło śmiesznie tupiąc przy tym łapkami.

Ryś bojąc się o przyjaciółkę, zawołał:

- No już dosyć tej zabawy, postaw ją na ziemi Gienio, bo zrobisz jej krzywdę! Poza tym musimy szukać tego małego łobuza, co tyle narozrabiał - wspomniał o bracie Śmiechuńci.

- Nooo ja was teraz samych niee puszczee moi wy przyjacieli - powiedział Gieniu - No, my już teraz na zawsze raazem, aż siie odwdzięczym naszej kochanej Kingusi. Nawet ja bratu jej klapsa niee dam, za to, co łoona dlia mnie zrobiła. Tylie lat mnie ta igła siedziała w łapie, tylie lat...

- A o mim nosie, to nawet nie wspomnę! - krzyczał mały miś - Pomogłaś mi i tatkowi, teraz my pomożemy tobie i twemu bratu!

- Noo i Rysioowi, znaczy się twemu kłotu, bo sam niee dia rady z carownicami, łoj nie dia rady - pokiwał głową Gienio. - Alie tymczasem ja zapraszam na łooobiad do naszej gawry, znaczy siie do naszego domuu, bo z pustymi brzuchami, to my dialieko niie zajdziem.

Ryś  pokiwał tylko głową z aprobatą, bo nad wyraz był głodny i w brzuchu kiszki marsza mu grały coraz głośniej- bruumm brummm. Wszyscy więc udali się za małym miśkiem, który biegł z przodu. Kingusia siedziała w wielkich łapach białego niedźwiedzia, a kot biegł chyżo obok nich.

**************************************************************************************

 

- Hokus pokus i marokus, mały pająk dziś coś zjadł,

hokus pokus i marokus, sprzątać trzeba już dziś czas

     Czarownica dotknęła swym zakrzywionym paluchem pajączka, którego wyjęła ze złotej klatki. Pajączek szybko urósł i zmienił się w małego elfiego chłopca. 

     Jędza dała mu miotłę do ręki i kazała sprzątać swą brudną chatę. Potem kazała mu umyć brudne talerze, których cała gromada leżała pod ścianą obok brudnej miski z wodą. Gdy już to wszystko zrobił, czarownica rzekła: 

- Teraz możesz chwilę odpocząć, zanim zmienię Cię spowrotem w pająka... tylko daleko mi nie odchodź, bo i tak cię złapię. 

Mały elf ukradkiem zabrał ze stołu suchą kromkę chleba, bo był bardzo głodny i wybiegł z chatki. Zszedł po drabince w dół i znalazł się między szponami kurzej stopki. Szybko pobiegł pod krzaczek, który rósł nieopodal by zjeść suchy chleb. Siadł na ziemi i już już miał ugryźć kawałek chleba, gdy usłyszał nad sobą głos:

- Chłopczyku, podziel się ze mną kawałkiem chleba, jestem głodna i moje dzieci są głodne, od rana nic nie upolowałam. - na gałązce siedziała sikorka. Miała czarną główkę z białymi polikami, wierzch ciała oliwkowy, skrzydełka szaroniebieskie z białym prążkiem. Brzuszek żółty z czarną pręgą pośrodku, szaroniebieskie nóżki i czarny dziobek. Patrzyła na chłopca i kiwała główką pokazując na chleb trzymany przez niego w ręku.

- Dobrze.- powiedział chłopczyk- Proszę. -i dał sikorce cały kawałek chleba. Sikorka zabrała go do pobliskiego gniazda i zaczęła karmić znajdujące się tam pisklęta. Gdy skończyła przyleciała do chłopca.

- Jak mogę ci się odwdzięczyć mały elfie?- zapytała.

- Proszę leć do mej siostry Kinguńci-Śmiechuńci i powiedz, że jej brat Norbuńcio-Psotuńcio ją kocha i że kocham mamę i tatę i że już się nigdy nie spotkamy i że ją przepraszam, że tak jej dokuczałem i byłem niegrzeczny. Powiedz, że czarownica zmieniła mnie w pająka i trzyma mnie w chatce na kurzej stopce. ..

W tym momencie drzwi chatki otworzyły się i czarownica zawołała:

- Wracaj tu natychmiast mały łobuzie bo pożałujesz! Z kim ty tam rozmawiasz!? Natychmiast wracaj! - krzyczała i wymachiwała groźnie laską.

- Leć - szepnął Norbuńcio do sikorki i pocałował ją w dzióbek. Sikorka wzbiła się wysoko w niebo i poleciała szybko ponad lasem w kierunku wioski elfów.

Norbuńcio patrzył jak ptak odlatuje i znika za horyzontem. Ukradkiem ocierał łzy, żeby czarownica nie widziała...tak bardzo tęsknił za domem.....

 

                                   CDN.........