życie męskim okiem

ŻYCIE MĘSKIM OKIEM

Jest taki dzień, bardzo ciepły choć grudniowy...

     Jest taki dzień, bardzo ciepły choć grudniowy...  - tą jakże piękną piosenkę śpiewał zespół Czerwone Gitary... 

**************************************************************************************

     Zapowiadałem w tamtym roku, że chodźby się waliło i paliło, to na święta Bożego Narodzenia wyjadę z żoną i dziećmi gdzieś, gdzie spędzimy je w spokoju i gdzie nie trzeba będzie nic robić, jak tylko cieszyć się bliskością rodziny. Specjalnie na tą okazję miałem wziąć pożyczkę lub odłożyć trochę grosza...Niestety, jak to zwykle bywa, plany spełzły na panewce czyli na niczym.

     Pieniędzy nie odłożyłem, bo jak to zwykle bywa akurat były potrzebne na coś innego - a to dzieci zachorowały, a to samochód się rozkraczył i trzeba było kupić drugi, a to...zawsze kurna coś! 

     Dzieciom do szkoły trzeba było kupić nowe książki - jakby stare były złe... Co w tym rządzie za "łby" siedzą jedne, że nie potrafią określić jakie książki i przez jaki  czas będą obowiązywały w danej klasie np. drugiej podstawowej? A tak, każda szkoła i każda pani belfer

wymyśla jakie podręczniki, jakiego autora itp. będą akurat jej odpowiadały. Kiedy ja byłem uczniem podręczniki odbierało się w szkolnej bibliotece i dostawało się je po poprzedniej klasie, albo w spadku po starszym rodzeństwie i było dobrze. Teraz co roku nowe książki, które tracą swą aktualność w ciągu następnego pół roku! A co się takiego w nich zmienia? Pewnie cena, za którą trzeba kupić następne.

     Trzeba też było kupić dzieciom buty do szkoły i na zbliżającą się jesień, a potem zimę, bo nogi im rosną, a w sandałach zimą nie chcą chodzić -zupełnie nie wiem dlaczego? - może się po prostu buntują...a nie, już wiem, to dlatego, że mieszkamy w kraju, w którym klimat jest co najmniej zimny - nie potwierdza tego widok za oknem. Jak powiedziała pewna minister: "No sorry taki mamy kimat..."

     Pożyczki świątecznej nie wziąłem, bo oprocentowanie takie, że przed wojną to i wyznawcy mojżeszowi takiego nie mieli, a poza tym trzeba go spłacać przez pewien okres czasu. Może bym się i zdecydował na tę pożyczkę ale jak kobitka w banku zaczęła mi wyliczać co trzeba lub nie trzeba mieć żeby pożyczkę dostać, to ręce mi opadły. Do tego jeszcze pytań tysiąc, jakbym co najmniej bandytą jakimś był i policja mnie szukała...Choć Policja tylu pytań nie zadaje i nie wymaga tylu dokumentów co nasze kochane lichwiarskie banki. 

     Pytania typu: - Czy ma pan samochód? - na usta ciśnie się jedna odpowiedź bardzo niecenzuralna zaczynająca się od słowa na "h" lub "ch" (tu teoria mojego kolegi Stefana się kłania z wpisu o "Śniętym fikimikomaju" wersja dla dorosłych - kto czytał, wie o co kaman, jak mówią gimbusy :) ). Ja odpowiedziałem tylko grzecznie: -  co to łaskawą panią obchodzi. - Ale wie pan, gdyby pan nie oddał tych pieniędzy to...- To co?- zapytałem. - Zabierzecie mi samochód? Przecież ja nie chcę miliona tylko kilka tysięcy...Pani, zupełnie nie przejęta moimi sugestiami, dalej pytała... o dom, pracę, na co mi te pieniądze potrzebne, a w końcu jakie jest moje wykształcenie - kurde, niech mi ktoś powie, do czego bankowi potrzebna jest wiedza o moim wykształceniu? lub czy jestem "kawalier"- tu pani mrugnęła do mnie znacząco okiem ... ale była tak piękna jak cebula. A wiecie co się robi , gdy patrzy się na "rozebraną" cebulę? Chyba nie muszę pisać...

     Pomimo iż powiedziałem, że jestem szczęśliwym mężem i ojcem dwójki maluchów, pani zza bankowej lady to nie przeszkadzało, a nawet rzekłbym, że - o dziwo! - była bardziej zainteresowana. Może z racji tego, że przystojny jestem nad wyraz - czyli jak to mówią na wsi "przystojny jak sto diabłów", a do tego skromny jestem, że hoho i jeszcze raz hoho. Nie zamierzałem z nią dłużej dyskutować, bo nie na rękę mi były jej pytania i dziwne spojrzenia. Kiedy pośpiesznie zacząłem zbierać się do wyjścia, pani bankowiec wcisnęła mi swoją wizytówkę, żeby w razie co, gdybym zmienił zdanie, to żebym zadzwonił i się umówił - i znów mrugnęła okiem (a może coś jej tam wpadło?). W każdym bądź razie efekt jest taki, że jak widzę cebulę i to jeszcze w "ubranku", czyli tzw. łupinach, to już mi łzy ciekną...

Acha, pani w banku zapomniała zapytać jakiego wyznania jestem, bo może to też istotny szczegół, a ona go przeoczyła. Bo może będąc np. muzułmaninem szybciej dostałbym pożyczkę, przecież jakoś trzeba się dozbroić i pojechać na święta do Mekki...A może będąc niewierzącym w ogóle nie dostałbym pieniędzy, bo nie wydałbym ich na cele świąteczne tylko przeznaczył na jakieś tam pierdoły...Tak zakończyła się moja przygoda z pożyczką świąteczną.

     Jak widać z rodzinnego wyjazdu nici, a święta tuż tuż...Niektórzy to już przygotowani od dawna, tylko u mnie wszystko na ostatnią chwilę. W listopadzie musiałem wyjechać w Polskę i sześć tygodni spędzam poza domem, bez rodziny. Wracam dopiero przed samymi świętami. Wszystkie obowiązki domowe przejęła moja żona, która nie mająć nikogo do pomocy, musi to wszystko sama ogarnąć. Zajęta dwójką "szkodników" będzie miała nielada wyzwanie. Jeśli nawet posprząta, to za chwilę znów przyjdą małe "szkodniki" i porozrzucają zabawki, zjedzą coś w przelocie, powyciągają z szafek to i owo i znów będzie tak, jakby żona nic nie zrobiła...Czasem dzieci pomogają w świątecznych porządkach. Młodszy Junior sam potrafi ułożyć swoje zabawki, samochodziki, klocki i pluszaki, a córka "Pocahontas" odkurzy swój pokój, poukłada lalki, miśki i różne swoje szpargały- wtedy jest porządek na dłużej - na niecałą godzinę. :) Później zabawki znów wychodzą "same" z szafek i regałów.

     Kiedy wrócę do domu, to pomogę żonie w porządkach, bo jak teściowie przyjadą to...będzie test białej rękawiczki! i niestety królową nikt nie zostanie, no chyba że moja teściowa ;).

Nie wiem czy zdążę też z bigosem, bo u mnie musi być tradycyjny i trzy dni gotowany, a do tego z dziczyzną, no zobaczymy. Chyba, że w tym roku zrobię tzw. bigos myśliwski, czyli kapusta w garnku, a mięso w lesie... Trzeba też choinkę ubrać i dzieci czekają aż tata wróci, bo tradycyjnie pomogą mi zawiesić czekoladowe cukierki w kolorowych złotkach i tradycyjnie pewnie coś podjedzą... Z tymi cukierkami to jakaś taka tradycja z dzieciństwa. Cukierki wiesza się na choinkę, a potem w trakcie świąt i później podjada, gdy nikt nie patrzy... wszyscy i tak wiedzą, że to moja kochana żona... - ale co ja będę kobicie żałował odrobinę słodyczy ;). 

     Trzeba też zrobić jakieś ciasto lub dwa - cukiernia Buddiego Valastro z programu "Słodki biznes" się chowa.

Nie to, żebym się chwalił ale po prostu czasem lubię upiec dla mojej rodziny takie ciasto, na jakie zasługują - czyli najlepsze! Nie idę na łatwiznę typu "kopiec kreta" w proszku ze sklepu, 10 minut i gotowe, co to to nie! Ciasto musi wyglądać i smakować tak, żeby rodzina długo je pamiętała, bo nie wiadomo kiedy tata znowu coś upiecze czy przypiecze - różnie to bywa. Pozostałe specjały przygotuje żona i zapewne teściowie też coś przywiozą. Dom trzeba ozdobić lampkami, psa oporządzić, żeby w Wigilę coś do mnie zagadał, a nie jak w zeszłym roku  pogniewał się i nic po ludzku nie mówił tylko szwargotał coś po niemiecku - no tak, teraz sobie przypomniałem, przecież to owczarek niemiecki i wszystko jasne...

Kiedy wszystko już będzie zrobione jak należy, wtedy można czekać na ten dzień, bardzo ciepły choć grudniowy... co prawda mam nadzieję, że spadnie choć odrobina śniegu na święta, bo bez śniegu to jakoś nie tak... Najważniejsze jednak, żeby dzieci były zadowolone. 

Najgorsze jest to, że nie mogę wytłumaczyć mojej kochanej małżonce, że nie chodzi tutaj o to, żeby zaharowywać się "na śmierć" przed świętami. Najważniejsza jest dobra, miła i rodzinna atmosfera. Nieważne, że gdzieś tam został pyłek czy okruszek - dom to nie muzeum, zwłaszcza przy dzieciach. Nieważne, czy na stole będzie dwanaście potraw czy mniej, najważniejsze, czy będziemy z naszymi najbliższymi i czy będziemy przeżywali te Święta w miłości i spokoju...

Wszystkim moim czytelnikom z okazji Świąt życzę dużo Miłości, Spokoju i Rodzinnej atmosfery.