treści przeznaczone dla dorosłych

Aby tu wejść musisz mieć ukończone 18 lat.

życie męskim okiem

ŻYCIE MĘSKIM OKIEM

Dzielnica Cudów – szaber

"Dzielnica Cudów – szaber"

     Życie w PRL-u upływało nam beztrosko, młodzież lat 80 i 90tych …nie znaliśmy komputerów, laptopów, oglądaliśmy „Czterech pancernych”, „Kapitana  Klosa” , „Trzech Muszkieterów”, „Janosika” i jeszcze kilka innych seriali i filmów.  Nie można też  przeoczyć  filmu „Gang Olsena”. Zarówno na mnie, jak i na wielu innych ten film wywarł olbrzymi wpływ... i  nie chodziło  o to, że chcieliśmy być jak jego bohaterowie - Egon Olsen, Benny Frandsen, Kjeld Jensen i jego żona Yvonne Jensen – kto ich dziś pamięta?...

     Dzięki temu filmowi ja razem z innymi małolatami stworzyliśmy gang z „Dzielnicy Cudów”, gdzie wszystko było możliwe. Możliwe było  wypić wino pędzone na tytoniu i „dykcie”, które sprzedawał Czarnul z kamienicy nr 25. Możliwe było dostać niespodziewanego strzała w pysk w którejś z bram naszych kamienic… Możliwe było zrobienie ogniska nad rzeką Klikawą i kąpiel w niej, zanim jakiś „mundry” urzędnik nie postanowił wyregulować jej brzegów, wyciąć drzew i zbudować muru wzdłuż jej brzegów… Możliwe było obrzucanie pasażerów pociągu jajami i w zamian też dostać jajem ale na twardo…Na „Dzielnicy Cudów” było wszystko co potrzebne nam - małolatom i naszym rodzicom. Był tu bar piwny na dawnego Świerczewskiego, gdzie teraz mieszkają starzy „Balona”, rzeźnia- gdzie już o dziesiątej można było kupić jedynie kości ze szpikiem, na których gotowano zupę. Był kiosk RUCHu, piekarnia z której zawsze w nocy pachniało świeżutkim chlebkiem, a bułki można było dostać za przyniesienie kilku fajek piekarzowi lub za przyniesienie browarka z meliny, albo zwyczajnie stukając w szybkę-  piekarze widząc nasze dziecięce spojrzenia – w stylu kota w butach ze Shreka -  dawali po kilka bułek każdemu z nas.

     Na dzielnicy był też dworzec PKS , który ozdabiały dwa wielkie kasztany. Był też dworzec PKP, gdzie przez cały dzień i noc działały aż dwie kasy biletowe. Z PKP najbardziej pamiętam poczekalnię, która tętniła nocnym życiem oraz zaszczane kible, których zapach do dziś przyprawia o mdłości, a gdzie kibelki były w rodzaju - dwa stopnie na nogi i dziura w ziemi – jak to się mówi na „narciarza” lub na Małysza. Ponadto na dzielnicy działały poczta, sklep spożywczy u Marysi, warzywniak pod moją kamienicą, apteka, PEWEX i dwie oficjalne cudowne meliny- właścicielem jednej z nich był właśnie imć Czarnul, a drugiej niejaki Kropenicki. Czarnul był ojcem jednego z naszych kolegów, a który to kolega w dzieciństwie przeprowadził się z matką do innego miasta. Drugi to był gość, którego bały się wszystkie dzieci. Był duży. Jedno oko miał białe- ślepe, siwe rzadkie włosy, chodził o lasce i kuśtykał. Do tego był milczący i groźny. Pamiętam, że miał psa, którego trzymał na łańcuchu przed domem i którego sporadycznie karmił. Pies podobny był do właściciela lub odwrotnie. Pies też był ślepy na jedno oko, miał wypłowiałe i przetarte futro koloru nieokreślonego i też kuśtykał. Rasy tez był nijakiej ale zęby miał ostre. Wabił się  chyba "Kropka", tak żeśmy go hujca nazywali.

     O Kropenickim dzielnica szeptała, że to stary UBek był – ale my nie wiedzieliśmy co to znaczy.  Do tego towarzystwa można dodać jeszcze starą Śliwkę, mieszkającą na piętrze kamienicy nr 25 i która zawsze trzymała na balkonie jakieś zgniłe warzywa. Te warzywa służyły jej jako amunicja na nas, podwórkową hołotę, bachory i małe pijawki – jak „pieszczotliwie” darła się na nas z balkonu. Kobita gruba, przypominająca kształtem gruszkę, która pamiętam  ciągle rozdartą i rzucającą wspomnianymi zgniłymi warzywami w nas - czyli dzieciaki.

     Kiedy bawiliśmy się z kolegami na podwórku, graliśmy w piłkę albo państwa-miasta (taka starożytna gra, której dzieciaki- gimby raczej nie znają, a szkoda…), to ona- znaczy Śliwka- ze swego balkonu krzyczała: „smarki jebane, czego drzecie te ryje!” Nie pozostawaliśmy jej dłużni i rzecz jasna też ją wyzywaliśmy, wtedy ona odwdzięczała się rzutem zgniłym warzywem w naszą stronę…

     Swego czasu dokonałem bohaterskiego czynu…W pewne wakacje przyjechała na naszą cudowną dzielnicę kuzynka naszej kumpeli. Kuzynka ta imponowała nam, bo jak opowiadała śpiewała kiedyś w zespole „Fasolki”. To było coś!… Graliśmy w jakąś grę na podwórku i jak to bywa ubrudziliśmy sobie przy tym ręce i nie tylko…Pod balkonem starej Śliwki była pompa, która działała, a woda nadawała się do picia i mycia– nikt wtedy nie bał się jakichś tam bakterii... Daga – bo tak w skrócie miała na imię kuzynka naszej koleżanki- chciała umyć sobie ręce, więc chcąc jej pomóc zacząłem pompować wodę, gdy nagle usłyszałem trzaskające na balkonie drzwi. O balustradę oparła się gruba jędza i nadspodziewanie szybko wyjęła coś ze stojącego tam kosza, usłyszałem tylko świst… Odepchnąłem Dagę od pompy i poczułem jak śmierdząca zgnita cebula rozbryzguje się na boku mojej głowy – plassssk….

- A masz gówniarzu jeden – i Śliwka schowała się w domu..

     Płakać nie płakałem, bo nie bolało, tylko ten smród, no i oczywiście kumple lali ze mnie ze śmiechu.. Mówiąc dosłownie- tarzali się po ziemi…Naprawdę głupio się wtedy czułem i głupio musiałem wyglądać – hehe .

     Za to Daga, jak przystało na uratowaną damę, pocałowała mnie w policzek – po czym spojrzała na mnie mówiąc – „Dziękuję” – i jeszcze raz dała buziaka, ale takiego dłuższego i pobiegła do domu.

     Spojrzałem na kumpli, a ci jeszcze raz ryknęli śmiechem. Jeden to się nawet posikał, taki mieli ubaw …Burknąłem do nich na odczepnego: - Z czego się śmiejecie debile! – i uciekłem do domu, bo jakoś tak mi gorąco się zrobiło, a poza tym zgnita cebula skapywała mi z włosów…Jeszcze kilka dobrych tygodni kumple „lali” ze mnie, za to Daga  - och Daga – pamięta to do dziś …

     Wracając do gangu jaki tworzyliśmy, to szefem niekwestionowanym był starszy od nas Stefan. Jego ojciec prowadził gospodarstwo rolne na dzielnicy, w którym miał krowy i świnie. Ojciec Stefana miał brata o wiele starszego, który był znanym w mieście „mordobijcą”. Może właśnie dlatego Stefan, jak się z nim biliśmy, przeważnie wygrywał… W stałym składzie gangu byłem ja i Anastazy- najlepsi kuple. We trzech byliśmy prawie nierozłącznym trio.

     Do gangu czasem dobieraliśmy sobie innych – jak mama im pozwoliła. Nie wiedzieć czemu matki zazwyczaj zabraniały aby ktoś się z nami kumplował. Jednym z takich „dobranych” do gangu był Grucha, który sprowadził się na naszą dzielnicę zza rzeki. Miał on dwóch znacznie młodszych od siebie braci, którzy nie nadawali się do gangu- jeden w pieluchach, a drugi w przedszkolu. Grucha miał krzywy nos- opowiadał kiedyś, że spierdolił się ze schodów w starym domu i wówczas nos mu się skrzywił. Nam się wydawało, że po prostu ktoś mu jebnął nocą w którejś z naszych kamienic – ale to nic pewnego. Grucha był fajny, ale zawsze szybko się gniewał.  

     Z Gruchą wiąże się kilka zdarzeń, z których zawsze się śmiejemy z kumplami. Jedno z nich przyniosło Gruszkowi zaszczytne miano „ jastrzębia” z „Dzielnicy Cudów”. Pamiętam jak kiedyś dostał na komunię rower górski –kiedyś to było coś, każdy marzył o takim sprzęcie…Pewnego razu Grucha, żeby nam zaimponować, jeździł na tym rowerze w tą i z powrotem…pod górkę ulicą na PKP i w dół na mostek w kierunku piekarni. Na mostku staliśmy my- czyli nasz gang- i patrzeliśmy jak Grucha się popisuje. Każdemu żal ściskał serce, że on tak jeździ, a my stoimy jak ciule oparci o barierki. Patrzyliśmy na rzekę udając, że wcale nie patrzymy na jego popisy na „góralu”.

- Stefan – mówię – patrz jak zaraz się wypierdoli (słownictwo jak na dzieci z „Dzielnicy Cudów”  jak najnormalniejsze, a gdybym powiedział inaczej, to wyśmialiby, że laluś i maminsynek).

- Nie wypierdoli – powiedział Stefan i strzyknął śliną na ulicę – ale góral kulwa, żeby ja takiego miał, na starej ukrainie muszę zapierdzielać, krowy gonić. Dobrze jeździ nie wypierdoli – dodał.

     W tym momencie Grucha zawrócił pod PKP i z całych sił pedałował w naszą stronę, szybciej i szybciej…pochylił głowę do przodu, a jego garbaty nos ciął powietrze jak strzała. Z daleka z tym krzywym nosem wyglądał jak jebany jastrząb, prawie że słyszeliśmy świst powietrza... Jechał prosto na nas, spojrzeliśmy po sobie:

– Głupi jaki czy co? – powiedział Anastazy.

Dziesięć, dziewięć, osiem metrów, a ten pedałuje:

– No rozjedzie nas jak huj! –krzyknął Stefan.

     Siedem, sześć, pięć – widać już Gruchy przekrwione ze zmęczenia oczy. Chytry uśmiech zagościł na jego twarzy. Cztery, trzy, dwa…Grucha szeroko się uśmiecha i nagle-  widowisko! - Grucha leci w powietrzu. No kurwa – pomyślałem sobie – jastrząb poleciał . Rozłożone szeroko ręce, uśmiech zniknął z jego twarzy, oczy otworzył tak szeroko, że myślałem że wylecą mu z orbit, wyglądały jak dwie piłeczki pingpongowe. Grucha zrobił fikołka w powietrzu tak, że niejeden akrobata by się nie powstydził. Głowa poszła w dół za rękami, a nogi poszły nad głową.

- Kurwa! – krzyknął Stefan

- Wleci do rzeki! – krzyknął Anastazy

     Ruszyliśmy na pomoc nieszczęśnikowi, wszystko działo się w ułamkach sekund, a wydawało się że trwa wieczność. Grucha w powietrzu, my zrywamy się do biegu, a nogi jak z betonu. JEEEBUUUUT!! Grucha zawisł nogami na barierce oddzielającej drogę od rzeki, która była jeszcze kilka metrów niżej niż ulica. Głowa w dole, nogi powykrzywiane na barierce. Jebany jastrząb zamknął oczy i westchnął głośno….JEEEBUUUT!! to rower , który stanął dęba metr od nas , przekoziołkował w powietrzu i walnął kilka metrów dalej też w barierkę…Wystraszeni podbiegliśmy do Gruchy:

– Co Ty, coś Ty odjebał? - wyjąkał przestraszony Anastazy. Razem ze Stefanem podnosiliśmy nieszczęśnika z ziemi.

– Nic Ci nie jest? – zapytałem.

- Kurwwwwa… – wyjąkał przestraszonym głosem Grucha – hamulce mi się pomyliły.

     O mało, żeśmy Gruchy nie puścili ze śmiechu,  jebany kolarz-rajdowiec,  jastrząb z „Dzielnicy cudów”, zamiast hamulca tylnego wcisnął hamulec przedni i go momentalnie przerzuciło przez kierownicę. Na szczęście nic mu się nie stało, ale fakt faktem Grucha zawsze miał pecha i zawsze musiał coś spierdolić…

     Do gangu czasem należeli też bracia Kloss. Wyglądali jak bliźniacy, ale różnica wiekowa między nimi wynosiła około półtora roku. Bracia Kloss byli jednymi z bogatszych dzieciaków na naszej dzielnicy i nie zawsze mogli się z nami kolegować, nie ta „klasa” i rodzice im zabraniali.

     Z doskoku do naszego gangu należał też Kapeć – chyba ja najbardziej się z nim kolegowałem. Zamieszkiwał czasem w mojej kamienicy u swojej babci. Był grzecznym chłopcem, zawsze z babcią za rączkę na zakupy. Jak ktoś mu dokuczał na podwórku, to na całe gardło krzyczał w kierunku okna dziadków – baaaaaaabciuuuuu, dziaaaaaadkuuuuu, a Stefan mnie bije!!! - albo coś w tym stylu.  Pamiętam, że kiedy Kapeć był u dziadków, to przychodziłem do niego  oglądać „Winnetou” bo w domu albo miałem karę i nie mogłem, albo coś innego. 

     Niekiedy do naszego gangu dołączał też Czarny - syn Czarnula z meliny. Niestety rzadko z nami ganiał bo ojciec zawsze wynajdywał mu jakieś inne zajęcia.

     No i chyba ostatnim dzieciakiem w naszym gangu był Pietrek, który mieszkał w jedynym na dzielnicy bloku,  gdzie była też apteka (tu nasuwa mi się pytanie – jaki kurna geniusz architektoniczny wpadł na genialny pomysł by wybudować nowy blok między starymi,niemieckimi kamienicami?)

     Na dzielnicy owszem mieszkały inne dzieciaki, ale albo sprowadzili się później albo po prostu rodzice zabraniali im spotykać się z nami. Pamiętam braci „ Jama ” dużego i małego – hehe, do tej pory duży jest duży, a mały jest mały… Bracia „Górale” – zajebiaszcze chłopy. Był też „Balon” – z którym wiele przygód łączy nas do dziś ale które działy się znacznie później niż czasy Gruchy-jastrzębia. Było moje rodzeństwo, siostry Stefana, kuzynki Dagi, Bartoszek, Tarasek, Pinokio - brat Anastazego, trzy siostry z kamienicy nr 25, rodzeństwo Pietrka, siostra Czarnego - Lidka, ludzie zza rzeki- bracia Piórki i Jacęty W. oraz wielu innych, o których na pewno wspomnę innym razem…

     Byliśmy małymi łobuzami. Komuś dokuczyć, kogoś zlać było na porządku dziennym.  Latem biegaliśmy po górkach i lasach, a zimą zjeżdżaliśmy na sankach z „Budzynia” małego i dużego. Budowaliśmy też „bazy” w tzw. „krzakach” – poniemiecki zdziczały ogród, podchodzący pod perony PKP, a z drugiej strony graniczący z ogrodem Kropenickiego i ogrodem rodziców Stefana. W krzakach tych rosły śliwki mirabelki, śliwki węgierki, gruszki ulęgałki, stare poniemieckie czereśnie i jakieś jabłonie. Stary Kropenicki pilnował tych „krzaków” jak swojego. Od jego domu „krzaki” były oddzielone ogrodem i starą stodołą należącą do Kropenickiego. Kiedy w „krzakach” siedzieli pijusy, pili wino i wódę, to on ich nie ganiał. Za to my robiliśmy dla nich pułapki, przeciągaliśmy żyłki między drzewami, kopaliśmy dołki, w które wrzucaliśmy krowie łajno…Nie jeden pijaczyna wypierdzielił się na żyłce i stracił zęby, albo wpadł po kolana w dołek z krowią kupą. Niestety kiedy to my buszowaliśmy w „krzakach” i  prowadziliśmy tam nasze wojny, np. po obejrzeniu „Trzech Muszkieterów”, to Kropenicki zawsze wiedział, że to dzieciaki. Kuśtykał o swej lasce i nim się spostrzegliśmy wybiegał zza stodoły, a za nim jego pies.  Niby nie widział na te jedno oko ale leciał za nami ile wlazło…Albo gdy siedzieliśmy na śliwkach,  to jebany skradał się jak stary wódz Apaczów- a swoją laską, na której kuśtykał, walił pierwszego który mu się akurat nawinął..

     Chodziliśmy często do tych „krzaków” na szaber, albo do starego UBeka do ogrodu. Stefan nie musiał, bo miał swój ogród, ale my z Anastazym do domu przynosiliśmy szabrowane owoce, z których były później dżemy, ciasta… Często szliśmy tam tylko po to, żeby zwyczajnie podjeść owoców, jak w domu nie dali. Stefan, jako że był starszy no i najzwinniejszy, zawsze lazł i siedział na wyższych partiach drzewa. My z Anastazym zazwyczaj siedzieliśmy na płocie lub na dolnych gałęziach… Pewnego razu poszliśmy na węgierki, które rosły przy płocie oddzielającym „krzaki” od ogrodu Kropenickiego. Stefan szybko wlazł na pierwsze drzewko, Anastazy wskoczył na siatkę przy drugim drzewie, a ja przycupnąłem na samym końcu na trzeciej śliwie. Śliwki były smaczne i soczyste, ciemne  i słodkie. Nie wiadomo kiedy za naszymi plecami pojawił się Kropenicki ze swoim Kropką.

- A złodzieje wy, darmozjady, ja wam dam! – i ruszył w kierunku Stefana. Ten zsunął się z gałęzi na płot ale Kropenicki, jak na swój wiek- a podejrzewam , że miał koło osiemdziesiątki- żwawo ruszył w kierunku płotu i zamachnął się laską w kierunku Stefana.

- Aaaałaaa! – usłyszeliśmy i Stefan jak śliwka spadł w pokrzywy, na szczęście po drugiej stronie płotu z dala od kłów Kropki i laski starego. Szybko się zerwał i w nogi, a my za nim przez ogród, krzycząc: – Kropenicki , Kropenicki, pokaż cycki, a swoją Kropkę cmoknij w  pompkę!

     Stefan całe ryło miał czerwone, poparzone pokrzywami, a na plecach miał pręgę od laski Kropenickiego. Na drugi dzień miał też pręgi na dupie, bo Kropenicki poskarżył się ojcu Stefana, że to on był na śliwkach z kolegami ale Stefan nas nie wydał. Przyjął wszystko na swoją klatę – znaczy się baty na swoja dupę za nas.

     Stary Kropenicki miał też duże, soczyste, żółto-czerowne klapsy- takiej gruszki ze świecą szukać w całej okolicy, a że zawsze dużo ich było i dorodne, to wprost nie mogliśmy się im oprzeć... Na te gruszki do Kropenickiego chodziłem tylko ja i Anastazy. Stefan mówił: – ochujeliście?! Za blisko domu Kropenickiego, a Kropka z budy zaraz wyczuje i zbudzi tego starego ciula. Pies wam dupska wygryzie, a stary lachą po łbach zdzieli.

     Baliśmy się rzecz jasna ale chęć na gruszeczki i przygodę z odrobiną adrenalinki była większa, a poza tym trzeba było dogryźć staremu –hehe. Czekaliśmy z Anastazym aż gruszki zrobią się żółto-czerwone, a wtedy…ubieraliśmy się na czarno lub po prostu w ciemne kolory, braliśmy mały plecak i szliśmy przez krzaki do ogrodu Kropenickiego. Skradaliśmy się powoli, by pies-Kropka nas nie usłyszał. Później wskakiwaliśmy na drzewo i ile się dało do plecaków, ale tak żeby na drzewie coś jeszcze zostało bo stary jak by się pokapował… to za rok nie moglibyśmy już przyjść. Drzewo było stare, spróchniałe w kilku miejscach- chyba poniemiecka grusza- ale było duże i miało mnóstwo owoców.  Potem cicho przez płot i do domu. Tak dwa albo trzy lata z rzędu chodziliśmy na ten szaber z Anastazym. Jednakże któregoś razu Anastazy wyjechał na wieś do dziadków, a Stefan nie chciał iść do Kropenickiego na gruszki. Ja sam też nie chciałem… Zawsze co dwóch, to raźniej. Już nie pamiętam jak, ale wtajemniczyłem w plan Gruchę naszego jastrzębia. Opowiedziałem, że gruszki u Kropenickiego są tak wielkie jak arbuzy, tak słodkie jak miód i jędrne jak cycuszki jego sąsiadki, do której się zalecał. Tak między nami, to kiedy owa sąsiadka z nim zerwała, to kazał jej oddać wszystkie pluszaki, które w dowód miłości jej kupił … No cóż - dziewczyny nie miał, ale za to miał się do kogo przytulać…

     Grucha znęcony nocnym łupem, przebrał się jak mu kazałem i grubo po północy ruszyliśmy w kierunku ogrodu Kropenickiego przez krzaki, w kierunku ogrodu i drzewa z klapsami…

- Grucha – mówię szeptem – pamiętaj na boczne gałęzie, nie za wysoko i żebyś cicho był , bo jak pies usłyszy to nas zeżre!

     Podeszliśmy do drzewa, pomogłem wspiąć się koledze i sam hyc na gałąź, ale Grucha zapomniał co mówiłem i drze się do mnie:

- Nic nie widzę, gdzie te gruszki!?

- Trza se było latarkę kuźwa przynieść, macaj rękami, zaraz oczy ci przywykną do ciemności to będziesz widział. Ładuj wszystko, dojrzeje w domu pod ciuchami– mówię.

     Spokojnie zrywam gruszki, pakuję do plecaka i od czasu do czasu spoglądam w kierunku domu i budy. Kropka i jego pan śpią w najlepsze ale nagle słyszę, że Grucha coraz głośniej łamie gałęzie i wspina się wyżej..

- Grucha, kuźwa, ciszej chłopie! - i zaraz znowu do niego: -  Gdzie się tam pchasz, nie na samą górę bo gałęzie są……japierdole!- dokończyłem pod nosem…- Spróchniałe…

     Grucha, jak to Grucha, musiał wszystko zrobić po swojemu. Wlazł na sam czubek drzewa, które właśnie tam było spróchniałe…( a mówiłem, żeby na samą górę nie lazł),  iiii jebany się spierdolił -  jak wiadomo nie po raz pierwszy. Usłyszałem huk pękającej gałęzi, szelest liści i łomot gruszek spadających na ziemię – łup łup łup…..JEBUUUUT – to największa gruszka na świecie w osobie Gruchy pierdyknęła o ziemię..

- Ała ała, kurwa , ała! – słuchać było jak leci po gałęziach i ostatnie na dole – Ałaaaa!- Grucha spadła z drzewa ..

- Cicho, kurwa, zamknij się – krzyknąłem z góry.

- Kiedy boli – zająkał Grucha

- Zaraz cię zaboli jak Kropka przybiegnie… - odparłem

     Ale cisza, dziwne, pies nie szczeka? W tej chwili właśnie zaczął ujadać, warczeć i rwać łańcuch.. -Hauu , hauu!… Zlazłem szybko ze swoim plecakiem na dół, pod drzewem leżał Grucha i jęczał. – Nic ci nie jest? – zapytałem.

- Nie, ale plecak został.

- Grucha, kurwa. Chcesz wracać na drzewo to skacz tak, jak zleciałeś jastrzębiu. Zabieramy się i to migiem  - dorzuciłem .

     To była adrenalina! Zerwie się z łańcucha i dupsko wygryzie, czy nie.. A Grucha jak mucha w smole, tak szybko z drzewa spadał, a teraz ruszać się kurwa nie mógł….Podniosłem Gruchę z ziemi, pomogłem przejść przez płot i długa. Najwyższa pora była, bo u Kropenickiego światła się zapaliły . A Kropka rzucał się jakby go kto ukropem polał…

     Więcej na gruszki nie poszedłem. Nawet z Anastazym już nie chodziliśmy. Kiedy opowiedziałem mu tą historię, to skwitował: - Znaczenie słów „zwalić gruchę” nabrało teraz innego sensu- haha!

     Grucha miał poobijane plecy i głowę, ale nic poważnego się nie stało. Swoją drogą tyle razy Grucha miał różne wypadki i wychodził z tego cało, miał do tego dryg…

     Plecak znalazł Kropenicki ale nie wiedział kto był u niego na szaberku. Grucha powiedział rodzicom, że spierdzielił się z roweru – znając jego wcześniejsze wyczyny wiedzieli, że tak mogło być.

     Z Anastazym mieliśmy też kilka innych miejsc na szaber. Jednym z ciekawszych był ogród Stefana. Ojciec Stefana posadził w ogrodzie nową odmianę jabłoni- całe dwa drzewka– do tej pory nie wiem co to były za jabłka. Stefan zawsze się nimi chwalił i czasem dawał spróbować. Były twarde, soczyste i słodkie… Większej ilości nie chciał nam dać, więc postanowiliśmy z Anastazym, że któregoś razu pójdziemy na szaber właśnie do ogrodu Stefana.

     Jakoś tak było, że Stefan czymś wkurzył Anastazego, ten przyszedł do mnie i mówi:

 – W tym roku idziemy do ogrodu Stefana!- jabłka w tym roku były faktycznie dorodne i dojrzałe… Odczekaliśmy do czasu aż nabrały czerwonego, soczystego koloru. Stefan chodził, podlewał co dnia, doglądał i chwalił się tymi jabłkami, jakie piękne i smaczne są.

-  A to będziesz miał smaczne jabłuszka… – powiedział do mnie Anastazy – Hehe - zaśmialiśmy się.

     Do ogrodu Stefana przeskoczyliśmy przez płot od strony mojej kamienicy. Cicho i bezszelestnie podczołgaliśmy się pod dwie jabłonie. Serce waliło jak młotem- do tej pory chodziliśmy na szaber do kogoś, kogo żeśmy nie lubili, a tu do kolegi i szefa gangu „Olsena”…a obrobić szefa, to świętokradztwo… Oddechy szybkie, tętno przyśpieszone, napływ krwi do mózgu, adrenalina, czas płynący jak w smole. Jabłka jedno za drugim lądowało w moim plecaku, to samo robił Anastazy.. Hihiotał cicho:

– Ciekawe jaką minę będzie miał Stefan? - jabłko za jabłkiem…jeszcze pół plecaka…aż w końcu drzewka były opierdzielone…

     Po jednym plecaku i po dwie torby jabłek, ledwo żeśmy to przez płot poprzenosili…Ja przeskoczyłem na drugą stronę, a Anastazy najpierw podawał mój plecak, potem swój, a na końcu torby. Nagle za jego plecami zawarczał pies. Anastazy rzucił ostatnią torbę i hyc na płot, a pies za nim. Nie szczekał ale groźnie warczał, kłapnął szczęką tuż koło głowy Anastazego. Nie wiedziałem co robić,  wskoczyłem na siatkę, złapałem kolegę za ręce i podciągam go do góry. Pies jeszcze raz skoczył i złapał Anastazego za rękaw, słychać było jak pęka kurtka, wychyliłem się i z całej siły walnąłem psa w nos. Pies zawył z bólu ale puścił mojego kolegę.

     Przy tym spojrzał na mnie wzrokiem mówiącym – ałaaaaa , co mi zrobiłeś chamie? – i skomląc pobiegł do swojej budy. Pomogłem Anastazemu przejść przez płot.

- Ojciec mnie zabije, nowiuśka kurtka…

     Zabraliśmy plecaki, torby i szybko do domów.

     Gdy spotkaliśmy się następnego dnia opowiadał, że ojciec już na niego czekał z „laćkiem” – takie cuś z rzemienia, na końcu pocięte na mniejsze, długie, skórzane paseczki. Tym laćkiem Anastazy i jego bracia dostawali manto od ojca. Ojciec mówił do nich "przynieś no Anastazy „laćka”. „Laciek” wisiał na drzwiach wejściowych do kuchni na honorowym gwoździku, miedzy kluczami do komórki i piwnicy... Gdy ojciec tak mówił do Anastazego, ten od razu płakał- „laciek” miał moc ! Sprawiał, że dzieci w domu Anastazego płakały, miały sine tyłki i przez co najmniej trzy dni po użyciu „ laćka” były grzeczne...Tak więc po szaberku u Stefana , Anastazy dostał silny przekaz mocy od ojca, który postanowił za pomocą „laćka” wbić mu rozum do głowy ale od dupy strony. A dupa była potem sina… Anastazy wcale nie był mądrzejszy, a kurtka dalej była podarta.. Każdy z nas miał w domu podobnego skórzanego „laćka” i nasi rodzice też od dupy strony przelewali nam rozum do głów…

     Tego samego dnia z  rana przyszedł do mnie Stefan… Udawałem spokojnego:

 – Gdzie byłeś wczoraj? – zapytał.

- A gdzie,  w domu, a co chcesz?  - powiedziałem ziewając.

- Kurwa ojebali mi jabłonki, huje!- i prawie się rozpłakał…

- Szkoda Stefan, szkoda… – poklepałem go po ramieniu – …idę spać jeszcze, bo film do późna oglądałem.

     Od tamtej pory pies Stefana spał w ogrodzie, a my więcej nie chodziliśmy do niego na szaber…Spytałem kiedyś Anastazego czym mu Stefan podpadł, że chciał szabrować jego ulubione jabłka. Anastazy odparł:

- Powiedział mi, że za ciency jesteśmy, żeby oszabrować jego ogród. Nic mu wtedy nie odpowiedziałem. Ale teraz on wie, że my wiemy, że można , hi hi – zaśmiał się Anastazy. – Ale nie wiedziałem, że psa nie ma przywiązanego do budy - i pokazał rozdarty rękaw, który matka zszyła mu na okrętkę. - Haha ha -  śmialiśmy się z tego obaj…

     Szarlotka tamtego dnia była najsmaczniejsza w moim dziecięcym życiu.  Smak kradzionych, słodkich jabłek, mina Stefana, rozdarta kurtka Anastazego i jego sina dupa. Nigdy nie przyznaliśmy się Stefanowi kto ojebał jego drzewka, ale on chyba wiedział. Musiał być z nas „dumny”, z tego, że daliśmy radę oszabrować tak strzeżone przez niego jabłka.

     W tamtych czasach nikt na dzielnicy nie mówił, że szaber to coś złego. Ty zabrałeś coś komuś on tobie i było git. Tak to funkcjonowało. Zabranie paru groszy śmierdzącemu, zsikanemu pijakowi, który spał w naszych „krzakach” było nie lada wyczynem i przysparzało nam prestiżu w oczach kolegów. Pijaczyna i tak wydałby je na wódę, lub wino marki „Szatolatur” od Czarnula. A tak, nasz mały gang „Olsena” miał na cukierki i inne pierdoły. Szaber dostarczał nam dreszczyku emocji, dawał odrobinę adrenaliny. Nigdy nie kradliśmy po komórkach, czy piwnicach – nie było czegoś takiego na „Dzielnicy Cudów”, a przynajmniej nikt z naszych chłopaków tego nie robił. Jednakże oszabrowanie komuś ogrodu, warzywniaka, to było coś. Matki pichciły coś z tego, robiły kompoty, konfitury i ciasta. Nikt nie pytał skąd to masz? Czasem ktoś dostał lanie za podarte spodnie czy kurtkę, czasem pobiliśmy się z innym gangiem z innej dzielnicy, bo akurat też przyszli na szaber tej samej nocy co my. Kilka siniaków, krew na ustach rzecz normalna, raz wygrywaliśmy my raz oni.

     Dziecięcy świat był prosty – stojąc we trzech, objęci ramionami na stacji PKP, spoglądaliśmy w okna kamienicy nr 25, gdzie na pierwszym piętrze przy zapalonym świetle przebierały się w koszule nocne, trzy siostry – wtedy wydawało nam się, że mamy cały świat u stóp, że kiedyś  stworzymy wielki gang, że będą o nas kręcić filmy, będą pisać w gazetach,  trzy siostry będą naszymi żonami, a my gangsterami od szabru.

     Marzenia z biegiem czasu się zmieniały, a wraz z nimi i my… Teraz jeden prowadzi sklep ogrodniczy, drugi wyjechał za granicę, a trzeci jest stróżem prawa……..